Dokonało się, chciałoby się rzec. „Wiedźmin”
od Netfliksa zadebiutował na moment przed Bożym Narodzeniem, co nie
bardzo sprzyjało szybkiemu obejrzeniu całości, ale że naczekałem się na
niego tyle lat, to i trudno było czekać dłużej. Trzy wieczory zajęło mi
zapoznanie się z wizją pani Hissrich. Były to, przyznaję, trzy wieczory wypełnione emocjami mocno zróżnicowanymi, ale ich bilans zostawię sobie na koniec. Pora przyjrzeć się bliżej całości – spoilery tuż za rogiem, komu niestraszne, niech czyta dalej.
Nie wiedzieć czemu, autorzy ekranizacji
przygód białowłosego zabójcy potworów jakoś boją się zaczynać od
pierwszego opowiadania, które przedstawia Geralta dokładnie tak, jak go
przedstawić wypada. Zamiast tego na dzień dobry dostajemy więc „Mniejsze zło” wymieszane z kluczowymi dla całej fabuły zdarzeniami związanymi z upadkiem Cintry. I w tym momencie zaczyna nam się zabawa z liniami czasowymi.
Wnioskując po tym, co się mówi w Internecie, widzowie zdają się mieć z
tym spore problemy. Tymczasem w kolejnych odcinkach nie brakuje sygnałów
wskazujących na to, że wątek królewny Ciri (Freya Allan) to wydarzenia „aktualne”, przygody wiedźmina Geralta (Henry Cavill) mają miejsce naście lat wstecz, a losy czarodziejki Yennefer (Anya Chalotra)
sięgają jeszcze znacznie dalszej przeszłości. Cóż, zważywszy na to, że
znam książki jak własną kieszeń, miałem ułatwione zadanie, ale niektóre
wskazówki naprawdę są z rodzaju tych tak oczywistych, że o jeszcze
bardziej jednoznaczne byłoby trudno. Bo skoro ktoś zginął, po czym bez
słowa wyjaśnienia znowu żyje albo w jednej scenie jest dorosły, by w
kolejnej występować jako dziecko, to jest to wyraźny sygnał wskazujący
na to, że mamy do czynienia z cofnięciem się w czasie, by pokazać
wcześniejsze wydarzenia. Sapkowski żonglował czasem jak chciał, jego
opowiadania są chronologicznie wymieszane, a i na przestrzeni całej sagi
także nie brakuje zawirowań tego rodzaju. Do końca sezonu wszystko
poukłada się w jedną całość, więc można chyba liczyć na bardziej
tradycyjną narrację w sezonie drugim, póki co jednak – skupmy się na
tym, co oglądamy. Nie jest wcale tak chaotycznie, jak niektórzy próbują
sugerować.
Problemy tak czy owak są obecne i nie da się temu zaprzeczyć.
Zmian względem materiału źródłowego nie brakuje, część z nich ma jakiś
tam sens, inne nie mają go za grosz, niektóre zaś pociągają za sobą
nieciekawe dla całości konsekwencje. Już w pierwszym odcinku zmiany,
które na pierwszy rzut oka zdają się ledwie kosmetycznymi, sprawiają, że
finał odcinka i sławetna rzeź w Blaviken, jak również i związane z nią
rozterki Geralta tracą na przejrzystości i budzą szereg wątpliwości.
Ledwie drobne zmiany w dialogach i usunięcie, zdawać by się mogło, mało
istotnej postaci wójta pociągają za sobą zmianę wydźwięku całości. A to
dopiero początek. Drugi odcinek przenosi punkt ciężkości na postać
Yennefer, ponieważ twórcy serialu uznali, że należy trzy główne postacie śledzić od początku serii.
Założenie teoretycznie nie jest złe, w przypadku Yennefer jeszcze się
jako tako sprawdza, gorzej, że kosztem tego cierpią historie książkowe.
Kadłubkowa postać adaptacji „Krańca świata” dla każdego
fana będzie bolesnym przeżyciem. Wygląda wręcz na to, że historyjka z
diabołem i elfami lepiej wyszła w polskim serialu. Tu ostał się z niej ledwie szkielet. W odcinku drugim na arenę wydarzeń wkracza także Jaskier i tu, przyznam, mamy do czynienia z całkiem trafioną interpretacją postaci barda. Joey Batey
daje się lubić, nieźle śpiewa i tworzy udany duet z Geraltem. Ten zaś z
niewiadomego powodu w tym jednym odcinku nosi inną zbroję. Kto wie,
może nakręcili ten epizod jako pierwszy z pancerzem, który potem
wymieniono na inny?
W kolejnym odcinku dochodzimy do
wspomnianego już pierwszego opowiadania. Wyszło ono nieźle nawet w
polskim serialu, wyszło dobrze także i tutaj. Niestety, znów nie brakuje
scenopisarskiej gimnastyki uskutecznianej chyba tylko na złość
purystom, którzy i tym razem będą rwać włosy z głowy, nie tylko ze
względu na obecność Triss Merigold (Anna Schaffer), ale
i kilka innych (dodajmy – zupełnie niepotrzebnych) modyfikacji
związanych z wątkiem głównym. Za to klimat opowiadania oddano należycie,
sama strzyga, z którą mierzy się wiedźmin, wygląda całkiem przyzwoicie,
a dramatyzm finału podkręcono tu przy pomocy swoistego
przekładańca sceny konfrontacji z sekwencją transformacji
Yennefer-garbuski w Yennefer, jaką znamy. To nad wyraz udane
połączenie skutkuje jednym z najlepszych momentów tego sezonu, a i sam
odcinek zaliczam do najmocniejszych jego punktów. Ciekawostka – w roli
temerskiej warowni widzimy tu w dwóch ujęciach coś, co wygląda całkiem
jak zamek w Niedzicy.
Następnie przychodzi pora na „Kwestię ceny”,
a więc zaręczyny królewny Pavetty (czyli matki Ciri, córki królowej
Calanthe) – biesiada na cintryjskim dworze i rozgrywające się w jej
trakcie kluczowe dla całej opowieści wydarzenia przedstawiono dość
wiernie, choć podlano komediowym sosem o z lekka drażniącym posmaku i
dorzucono Jaskra (puryści w tym momencie rozdzierają szaty). Mnie
bardziej zabolało to, jak prezentuje się Eist Tuirseach – aktor Björn Hlynur Haraldsson
z brodą wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać jarl ze Skellige.
No, ale widać, byłoby za dobrze, więc zostawiono mu ledwie resztki
zarostu i ubrano tak, by nikomu się przypadkiem nie kojarzył z postacią,
w którą się wciela. Główna historia tego odcinka prezentuje się mimo
drobnych zgrzytów całkiem przyzwoicie, gorzej wypadają za to wątki
Yennefer i Ciri. Szczególnie tej ostatniej, której przygody na
przestrzeni większej części odcinków sprawiają wrażenie elementu
wprowadzonego na siłę. Nie bez powodu Andrzej Sapkowski nie rozpisywał
się zbytnio o tym, co się działo z Ciri między upadkiem Cintry a
odnalezieniem jej przez Geralta. Twórcy serialu spróbowali uzupełnić tę
lukę, ale nic ciekawego z tego nie wynika, a sam wątek jest raczej
usypiający i to niemal do samego końca.
Dochodzimy do momentu, w którym wreszcie krzyżują się ścieżki wiedźmina i czarodziejki. Adaptacja „Ostatniego życzenia”
to kolejny mocny punkt programu, aczkolwiek pozbycia się motywu ze
„starożytnym zaklęciem” i związanego z tym świetnego żartu nie wybaczę.
Po co? Dlaczego? Przecież to udany i do tego jakże pamiętny motyw...
Zupełnie niepotrzebnym dodatkiem jest także scena niemrawej orgii, która
zastępuje oryginalne pierwsze spotkanie Geralta i Yennefer, ale reszta
odcinka, a przynajmniej ich wspólnego wątku, wypada już bez zarzutu –
jest między nimi niezbędna chemia, dialogom nie brak charakteru, całość
trzyma się literackiego pierwowzoru raczej wiernie i całkiem dobrze się
na to patrzy, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, że Anya Chalotra przez
całkiem sporą część czasu ekranowego paraduje topless.
Gorzej mają się sprawy w przypadku „Granicy możliwości”, czyli opowiadanie ze smokiem. Jest to moment, w którym po raz kolejny mam wątpliwości, czy aby Polacy nie poradzili sobie lepiej.
Po pierwsze – i Borch Trzy Kawki, i Zerrikanki w rodzimej produkcji
zaprezentowali się jakoś ciekawiej. Po drugie – choć nasz smok wykonany
był słabo, to jednak przynajmniej wyglądał jak smok. To, co dostajemy
tutaj, przypomina bardziej pomalowanego na złoty kolor skeksa
z „Ciemnego kryształu” dodatkowo zaopatrzonego w skrzydła. Po trzecie – w kwestii pamiętnej sceny pojedynku rycerza ze smokiem, polski serial wygrywa wręcz bezdsykusyjnie.
Razi też (i to mocno) scena potyczki z rębaczami, w której Yennefer
wywija mieczem nie gorzej niż Geralt – naprawdę ciekaw jestem czyj to
pomysł. Całość odcinka gubi tempo, zaskakuje chybionymi pomysłami i
ogólnie rzecz biorąc rozczarowuje. Co to ja jeszcze... a tak, oczywiście
– wątek Ciri tradycyjnie usypiający i do zapomnienia.
Jak odcinek szósty był momentem
największego zwątpienia, tak w przedostatnim powraca nadzieja. Mamy tu
punkt kulminacyjny narracyjnych kombinacji z liniami czasowymi, który to
wypada całkiem zadowalająco. Przy okazji pojawia się po raz pierwszy Vilgefortz z Roggeveen (Mahesh Jadu
z miejsca mnie do siebie przekonał). Sam odcinek stanowi wprowadzenie
do finałowego starcia z siłami Nilfgaardu, które miast na znanym z
książek wzgórzu, rozgrywa się w okolicy ruin elfiej warowni (w tej roli
między innymi zamek w Ogrodzieńcu, gdzie w kwietniu
tego roku miałem okazję obserwować kręcenie jednej ze scen). Finałowa
bitwa odbiega dość znacząco od książkowego pierwowzoru, głównie pod
względem uczestników – miast starcia armii królestw północy
wspieranych przez czarodziejów z potęgą Nilfgaardu, dostajemy potyczkę
grupki czarodziejów z oddziałem Nilfgaardczyków. Brakuje tu, co
prawda, odpowiedniej skali, lecz mimo to konfrontacja trzyma w napięciu
i choć nie spodobał mi się sposób rozstrzygnięcia bitwy (który nie ma
oczywiście wiele wspólnego z oryginałem), a moment, w którym Vilgefortz
zbiera baty od Cahira, zadziwi niejednego (choć nie wykluczałbym, że
zajście to może mieć swoje uzasadnienie), to ogólne wrażenie pozostało
pozytywne. Zdecydowanie gorzej wypadły za to ostatnie sceny z udziałem Ciri i Geralta, którym – głównie z braku obecnej w opowiadaniach (czy nawet w polskim serialu) podbudowy – zabrakło zupełnie jakże ważnych w tym momencie emocji.
Był to dla mnie mocny zgrzyt, szczególnie że nie doczekałem się nawet
kwestii dialogowej, od której odcinek wziął swój tytuł, co uważam za
zagranie wręcz niewybaczalne. Gdy jednak zaczęły się napisy końcowe i
przyszła pora na chwilę refleksji nad całością obejrzanego właśnie
serialu, stwierdziłem, że za sprawą dwóch ostatnich odcinków ostateczna ocena całości, do tej pory wciąż jeszcze niepewna, zaokrągli się jednak w górę.
Owszem, niektóre zmiany i pomysły
scenarzystów bywają tu bardzo bolesne. Kłuje w oczy politycznie poprawne
obsadzanie w roli przedstawicieli każdej możliwej rasy czarnoskórych
aktorów. Tu i tam trafiają się efekty specjalne wątpliwej jakości
(silvan, smok), choć miejscami bywają całkiem przyzwoite (strzyga). Ten
problem byłem w stanie zignorować w przypadku polskiego serialu, tym
bardziej jestem i tutaj. Niektóre wybory obsadowe wciąż budzą
wątpliwości, choć w tym miejscu przyznam, że Anya Chalotra, której
wyboru nie mogłem przeżyć, choć wciąż nie wpisuje się w moje wyobrażenie
postaci Yennefer, zdołała mnie do siebie przekonać swoją grą na tyle,
że więcej narzekać nie zamierzam. Z drugiej strony mamy też i role
obsadzone bezbłędnie: MyAnna Buring jako Tissaia De
Vries czy choćby wspomniany uprzednio Joey Batey. Sprawdza się także
obsadzony w roli Geralta Henry Cavill – Superman przemawiający głosem
Batmana, który świetnie się prezentuje w scenach walk – te zaś stanowią
kolejny plus serialu, choć mam nieodparte wrażenie, że to, co mieli
najlepszego w tym zakresie, pojawia się już w pierwszym odcinku. Nieco
gorzej ma się sytuacja z Ciri, co jednak nie jest winą aktorki, a tego,
co miała do zagrania w swoim niemal zupełnie nieciekawym wątku. Liczę na
to, że drugi sezon, w którym wejdzie w interakcję z resztą
pierwszoplanowych bohaterów, da jej szansę rozwinąć skrzydła. Zgodnie z
oczekiwaniami muzyka nawet nie zbliżyła się do poziomu tego, co na potrzeby polskiego „Wiedźmina” stworzył Grzegorz Ciechowski, choć ballady Jaskra wpadają w ucho. Moje przedpremierowe
obawy względem wyglądu całego serialu na szczęście potwierdziły się
tylko częściowo, owszem całość wygląda dość kameralnie, czasami wręcz
teatralnie i zbyt sterylnie, ale tanio i nieciekawie tylko czasami.
W tym momencie muszę wspomnieć o czymś, co mnie szczególnie zabolało –
Brokilon, kręcony w pięknych lokacjach, został kompletnie zepsuty
absurdalnym oświetleniem wyglądającym jak rozstawione w lesie
reflektory.
Podsumowując: jako fan wiedźmina z dwudziestoletnim stażem stwierdzam, że nie jest źle.
Tu i tam kręciłem, co prawda, nosem, na ten czy inny aspekt narzekałem,
a w zachwyt nie było okazji popadać, ale w ostatecznym rozrachunku,
mimo szeregu niedoskonałości i sporej ilości decyzji, których sensu
zrozumieć nie jestem w stanie, jestem zadowolony. A co za tym idzie – z
niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnego sezonu i powrotu Białego
Wilka. Szczególnie że w moim przypadku to saga, nie opowiadania, jest
tym, „co tygrysy lubią najbardziej”, i coś mi mówi, że ciąg dalszy tej historii powinien wypaść lepiej niż jej początek.
Ocena końcowa: 4/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz